Na styku jesieni i zimy, czyli ogród tuż przed zimowym snem.

Dawno mnie nie było na blogu. Dla zabicia wyrzutów sumienia starałam się regularnie pisać na facebooku, ale to nie to samo. Niestety czas nie stoi w miejscu i jesień przemknęła mi koło nosa w tempie poczciwego Pendolino. Najpierw były wakacje, słońce i relaks, później multum pracy, zajęte weekendy, czas na ogród urywany to tu, to tam. Później zmiana czasu, która pozbawiła mnie widoku na ogród za dnia, oraz kolejne weekendy pełne zajęć. Zachciało mi się uczyć, to teraz mam za swoje. Na szczęście to tylko rok pod znakiem weekendów na uczelni. Jakoś to przeżyję i w ramach odreagowania zakopię się w ogrodzie na długi czas 🙂

Na szczęście pogoda jesienią dopisała i długo nie rozstawałam się z rowerem. Podczas powrotów z pracy zwalniałam w parku i ładowałam akumulatory takimi widokami:

park

A ponieważ po przeczytaniu paru numerów Gardeners’ World zapragnęłam zrobić własną ziemię liściową, to ten widok zaczął mi się kojarzyć nie z piękną jesienią, lecz z workami pełnymi liści, z których zrobiłabym wiadomo co 😉 Tak, wiem to szaleństwo 😀 Ale skoro już ogarnęło mnie szaleństwo, to zadbałam o to, by przygotować przed zimą chociaż dwa worki liści. Miałam niecny plan potraktowania wszystkich liści kosiarką, ale spóźniłam się o jeden dzień. Deszcz zaskoczył mnie zupełnie tak, jak zima drogowców, a kiedy już zaczął padać, to nie przestawał przez tydzień. W związku z tym skapitulowałam i grzecznie spakowałam liście do worków zanim wiatr się z nimi rozprawił. Dosypałam im po dwie garście mocznika, wlałam dla pewności po wiaderku wody, związałam, nakłułam widłami i zostawiłam w spokoju. Ciekawa jestem przyszłorocznych efektów tych działań. Oby się udało, bo po tylu przeczytanych zachwytach nad ziemią liściową pokładam w niej spore nadzieje. W przyszłym roku przygotuję się lepiej do tematu. Kupię gęstą siatkę, przygotuję liściom „zagrodę” i będę je zbierała z pobliskich osiedlowych skwerów. Najpewniej pod osłoną nocy, żeby sąsiedzi nie wzięli mnie za wariatkę 😉liscie

Dobrze, że w tym całym życiowym szaleństwie jest jeszcze mama, która ma zdecydowanie więcej czasu i od dziwo czasem mam wrażenie, że sił też miewa więcej 😉 To jej rękoma dokonały się jesienne porządki w ogrodzie i to ona przez ostatnie tygodnie kawałek po kawałku przekopała ogród i szklarnię. A było co przekopywać, bo hip, hip, hurra! Mam obornik prosto ze stadniny od takich pięknych koni 😀 koń1

koń2Wyprawa po obornik nie należała do najłatwiejszych. Po pierwsze logistyka – zgrać kilka osób w jednym czasie i miejscu było trudno. W grę wchodziły tylko weekendy. Samochód z przyczepką zależał od chęci znajomego pana, który był kluczowym elementem tej układanki. Potrzebny był samochód, który nie zakopałby się w grząskim gruncie, więc pierwszy lepszy nie wchodził w grę. Do tego trzy pary wideł, dużo energii i można było przystąpić do akcji.

Jestem dumna i blada, bo udało nam się w trzy osoby zapakować przyczepkę po brzegi, a po przyjeździe w ciągu kilku kolejnych godzin do spółki z mamą wypakowałyśmy i wywiozłyśmy całą zawartość do ogrodu. Nie przeszkodziła nam nawet dżdżysta pogoda. Najważniejsza była szklarnia i skrzynie na dynie, ale okazało się, że obornika jest tyle, że swoją porcję dostał niemal cały warzywnik, a niewielka pryzma pod przykryciem czeka na wiosnę, kiedy to zatroszczę się o truskawki. Niestety jesienią nie udało nam się zerwać agrowłókniny i zaprowadzić na truskawkowym zagonku nowych porządków, ale wiosną nie odpuszczę truskawkowej rewolucji 🙂

obornik

A to już skrzynia na dynie pod pierzynką z obornika. Niech się mulczuje do wiosny.skrzynie na dynie

W między czasie, z doskoku udało mi się zebrać jeszcze ostatnie plony z ogrodu. Do listopada w gruncie rosły buraki liściowe, które czym szarzej za oknem, tym bardziej cieszyły oczy kolorem.

buraczki

Nieco wcześniej wyruszyłam z taczką po dynie. Tegoroczny eksperyment dyniowy zakończył się sukcesem. Regularnie jadamy dynie z własnego ogrodu. Kilka z nich leży jeszcze na szafie w garażu i czeka na swoją kolej. Najmniejsze leżą w przedpokoju tworząc pomarańczową, jesienną kompozycję, która lada moment ustąpi miejsca bardziej świątecznym dekoracjom. Do moich dyniowych faworytek należy odmiana Burgess Buttercup. Odmiana niewielka, o suchym miąższu, przepysznym po upieczeniu.

butternut

butternut

Druga piękna, choć o nieco zbyt wodnistym miąższu dynia, to muscat de provence. U mnie nie miała szans zmienić koloru na pomarańczowy, bo szybko zaczęła się psuć w jednym miejscu na skórce, więc skończyła w piekarniku. I to był chyba zły pomysł, bo po upieczeniu miała w sobie równie dużo wody, co przed pieczeniem. Następnym razem zrobię z niej zupę, bo do tego celu byłaby idealna.

muscat de provence

W tej chwili w ogrodzie króluje już tylko jarmuż, ale ostatnie kalarepki i rukola dzielnie walczą z pogodą. Na szczęście mróz nie daje się we znaki, więc ciągle mamy świeżą zieleninę. W ramach eksperymentu zostawiłam na zimę trzy niewielkie rządki marchewki. To ostatni właściwie wakacyjny siew, z którego wyrosła całkiem ładna, choć niezbyt wielka marchewka. Ciekawa jestem jak się spisze marchew pozostawiona na zimę w gruncie i wydobywana w razie potrzeby z lekko rozmarzniętej ziemi. jarmuż

ogród skopany

pietrucha

rukola

jarmużek

Z przechowywaniem roślin przez zimę mamy spore doświadczenie zdobyte dzięki szklarni. Co roku zimują tam truskawki, w tym roku zadołowałam również donice z miętą. Na zimę przesadzamy parę selerów, które do tej pory zawsze przeżywały i wiosną szybko wypuszczały świeże listki. W tym roku w szklarni posadziłam również kilka niewielkich sadzonek braków liściowych, które wyrosły w gruncie. Ciekawa jestem czy dadzą radę otulone słomą.

buraki liśc.

Stałą bywalczynią zimowej szklarni jest sałata. Co prawda zimą jej wegetacja stoi w miejscu (a rusza, kiedy dzień zaczyna się wydłużać, czyli już na przełomie lutego i marca), ale zwykle z przepikowanych późną jesienią sadzonek tylko niewielka część wymarza. Większość daje radę mrozom, o ile mróz nie hula przez szpary na styku fundamentu i stalowej konstrukcji. O tej porze roku czasem dosiewamy jeszcze sałatę na wczesny zbiór. Nasiona przezimują i wykiełkują, kiedy warunki będą odpowiednie. Taka sałata urośnie znacznie szybciej, niż rozsada przygotowywana w domu, która zwykle długo adaptuje się do zimna panującego w szklarni czy inspekcie. Okres wiosennych wysiewów w szklarni przypada u nas w końcówce lutego, a jeśli jest bardzo zimno, to na początku marca. Tym sposobem w połowie kwietnia zajadamy się nowalijkami.

W tym roku próbuję również przechować majeranek. Parę krzaczków rośnie w szklarni i one pewnie nie przeżyją zimy, za to jeszcze powolutku rosną i dzięki temu w grudniu będziemy mieć ostatnie cięcie majeranku. Kilka z nich natomiast rośnie w donicy. Jeszcze są w szklarni, ale za parę dni przeniosę je do garażu, a później do domu. Grunt, to stopniowo przyzwyczajać je do coraz wyższej temperatury. Ciekawa jestem czy na kuchennym parapecie wypuszczą nowe, choćby nieco dzikie z braku słońca pędy. Świeży majeranek zimą, to byłoby coś.

majeranek

Zeszłoroczne udane zimowanie rukoli skłoniło nas do przesadzenia sporej ilości samosiejek z gruntu do szklarni. One z pewnością dadzą radę mrozom i wiosną wypuszczą listki. Co prawda szybko wybiją w kwiaty, ale i tak będziemy je zjadać wcześniej, niż rukolę wysianą na przedwiośniu.

Mam nadzieję, że nadchodzący okres świąteczny i parę dni wolnego pozwolą mi nadrobić zaległości i napisać więcej o tegorocznych uprawach. Na złość zimie będę umieszczać na blogu wakacyjne i jesienne fotki pełne wspomnień z minionego sezonu, a co!

Reklamy

5 thoughts on “Na styku jesieni i zimy, czyli ogród tuż przed zimowym snem.

  1. Ogród Prowincjonalny 6 grudnia 2015 / 22:32

    Zbieranie Liści z okolicznych skwerków? Pomysł dobry o ile okoliczne psy tam nie mają toalety. Nie wszyscy właściciele odrobaczają regularnie swoich pupili i może być problem jeśli jaja czy larwy przeżyją w takich liściach, w ziemi z nich a potem w jakiś sposób dostaną się na warzywa, truskawki.

    • elfickizakatek 6 grudnia 2015 / 22:52

      U mnie na osiedlu psy rzadko wychodzą na spacery w te miejsca. Albo robią swoje w ogrodach właścicieli, albo obsikują murki w drodze z domu do sklepu podczas porannego spaceru. No i zdecydowana większość psów, to pupile domowe mieszkające w domach, więc oby były porządnie odrobaczone, bo mnie nastraszyłaś tymi psimi robakami.

  2. Pola 4 lutego 2016 / 21:27

    Cześć! Zajrzałam do Elfickiego Zakątka po dłuuuugiej nieobecności, bo zbliża się nowy sezon i postanowiłam nadrobić braki w lekturze. Widzę, że od zimy niewiele straciłam? (yay!) Faktycznie facebook daje złudzenie że jesteśmy w stałym kontakcie. Lubię to, że w ogrodniczej blogosferze są takie „sezonowe przerwy” – to jest fajne, i to świadczy o autentyczności wpisów, że tworzymy wtedy gdy obcujemy z ogrodami. Tym samym czuję się spoko, że nie jestem jedynym ogrodniczym autorem online który pisze regularnie tylko wówczas, gdy obcuje z naturą i gdy nie przytłączają go obowiązki. Ten Twój wpis jest super – świetnie się go czytało. Wiem aż za dobrze co to znaczy „mieć tylko weekendy” na wykonanie pracy. Rozumiem też świetnie czym jest brak odpowiedniego auta i kłopot z dojazdem… Ech te nasze ogrodnicze bolączki! Żeby to tylko to człowiekowi robiło za zmartwienie życiowe! hehehe. A co do edukacji – zazdroszczę ci. Ja też marzę o powrocie na studia czy jakimś kursie… ale skąd wziąć na to wszystko czas? Może na emeryturze. 😉 pozdrawiam! Xxxxx Pola
    Ps. Fajnie mieć Mamę pomocnika ❤

    • elfickizakatek 5 lutego 2016 / 20:27

      Dzięki Pola za ten wpis 🙂
      Tak to bywa. W głowie mam sporo myśli, które planuję przelać na wirtualny papier, ale brakuje mi spokojnych wieczorów na to, by skupić się na pisani. Od pewnego czasu do pełni szczęścia brakowało mi ruchu, a od kiedy musiałam schować rower na czas zimy (no prawie, bo jednak czasem wyciągam go z garażu), to tak bardzo brakuje mi ruchu, że wróciłam na siłownię. No i już się martwię jak ja to wszystko dopnę czasowo: praca, szkoła, treningi, ogród i jeszcze blog. Robi się tłok w kalendarzu 😉
      Na szczęście nawet jeśli nie piszę, to nie wychodzę do ogrodu bez aparatu. W końcu zawsze gdzieś czai się zagubiony wśród śniegu kwiat, czy oszroniona gałąź, która zachwyca misternymi igiełkami lodu. Nie potrafię się oprzeć przyjemności skupienia się na moment na tych drobnych rzeczach 🙂
      Ale nie jest tak źle: zaczęłam przygotowywać dłuższy wpis o pomidorach. Póki co przelewam na klawiaturę wakacyjne notatki i opisy odmian. Jeszcze tylko wybiorę i opiszę całą masę zdjęć, które zrobiłam w zeszłym sezonie pomidorowym i myślę, że do Walentynek pojawi się tu jakiś wpis o moim pomidoLove 😉
      Swoją drogą, to ten czas mógłby tak nie szaleć. Jakie Walentynki, skoro ledwie chwilę temu strzelały korki od szampana?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s